Spis utworów:
- From roots to needles
- What's in the ground belongs to you
- Terra incognita
- Above the earth
- Below the sky
- The sun is in the north
- Thirty-six silos
- The flames of herostratus
- Rebuilding the temple of artemis
- Deus ex machina
Recenzja redakcji
Po przesłuchaniu po raz pierwszy debiutanckiego albumu grupy If These Trees Could Talk, wrzuciłam go między stertę innych krążków, takich jedynie odsłuchanych, do których raczej się już nie wraca albo wraca bardzo sporadycznie. Nie przeczę, płytka nie jest zła, choć poza pierwszym kawałkiem – Malabar front, który zyskał sobie nieco większą popularność przez znalezienie się na ścieżce dźwiękowej do gry inFamous – nie znalazło się tam nic, co jakoś bardziej wpadałoby w ucho i zapadało w pamięć. Ot, niezły 32-minutowy gitarowy monolog, może nieco "drapieżny", ale nic ponad to. Sam kwintet z Ohio określiłam jako typową, klasyczną instrumantalną grupę. Klasyczną do tego stopnia, że aż przewidywalną. A w tym gatunku o przewidywalność jednak nie chodzi. I choć chłopakom warsztatu technicznego odmówić nie można, to kwestia umiejętności tworzenia dobrego, wciągającego klimatu w moim odczuciu była by już dużo bardziej dyskusyjna.
Takie przynajmniej było moje zdanie do odsłuchania (zupełnie przypadkowo) drugiego albumu ITTCT.
Above the earth, below the sky potwierdza to, co ukazał już debiutancki If These Trees Could Talk – mamy z pewnością do czynienia z dobrymi, utalentowanymi muzykami, którzy wiedzą doskonale, do czego instrumenty muzyczne służą. Poza tym album bardzo dobrze wpasowuje się w kanon post-rocka. Nie jest to już jednak ta sama muzyka. Ponieważ Above the earth, below the sky pochłania i wciąga.
Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji posłuchać drugiego krążka tej amerykańskiej kapeli, a planujecie uczynić to w przyszłości, nie próbujcie użyć jej do stworzenia muzycznego tła dla innych zajęć – taka rada ode mnie. Po pierwsze – nie dostrzeżecie wszystkich smaczków i największych walorów dziesięciu znajdujących się na niej kawałków. Po drugie – i tak wam się to nie uda, dźwięki wypełniające każdą z dziesięciu ścieżek po prostu na to nie pozwolą. Above the earth, below the sky słucha się w pełnym skupieniu. Uwierzcie lub nie, na tej płycie są momenty, które nie pozwalają nawet zebrać myśli. Pod względem gatunku album jest tak samo klasyczny, jak pierwszy krążek grupy. Technicznie jest bardzo podobnie – bo przecież nadal mamy mocną instrumentalną muzykę z agresywnymi gitarowymi riffami, charakterystyczną dla tej grupy, może jedynie nieco bardziej ukierunkowaną. Nadal nie wychodzimy poza ramy tego, co określa się gatunkiem post-rockowym, instrumentalnym, ambientowym. Nie ma tu wymyślnych kombinacji czy udziwnień, nie ma nagłych zrywów, gwałtownych zmian tempa czy głośności. Jest za to pewien magiczny "składnik", "to coś", czego zabrakło na pierwszej płycie i co płytę drugą stawia zdecydowanie wyżej. Muzycy, zamiast dwoić się i troić nad oryginalnością, skupili się na starannym i precyzyjnym dopracowaniu szczegółów. Bez zbędnych ceregieli. W rezultacie stworzyli piękny, prosty, równy i spójny album, który niekoniecznie powala na kolana, za to bardzo skutecznie odrywa od rzeczywistości.
Największą zaletą, według mnie, jest właśnie spójność tego krążka. Above the earth, below the sky pochłania jako całość, subtelnie ocierając się o całą gamę odczuć, karmiąc słuchacza hipnotyzującymi dźwiękami, które w jednym momencie wyciszają, by w następnym wywołać dreszcz. Wszystko to ujednolica sprawiając, że każda minuta staje się swego rodzaju prologiem do kolejnej. Materiał jest więc podzielony na dziesięć ścieżek, ale równie dobrze mógłby to być jeden utwór. Słuchanie pojedynczych kawałków nie jest już tak absorbujące (chociaż, muszę przyznać, "szóstka" – The sun is the north – dla mnie osobiście jest absolutnym bestsellerem, słuchana nawet samotnie).
Na uwagę zasługuje także okładka. Surowe, tajemnicze i może nawet nieco niepokojące sylwetki drzew na tle rdzawego nieba zdają się oddawać – w graficznym przekazie – to, jakich dźwiękowych wrażeń możemy spodziewać w 45-minutowym materiale. A dodając do tego jeszcze nazwę zespołu... to wszystko stanowi intrygującą całość, która po bliższym poznaniu może na dłużej zagościć na naszej playliście. Natomiast sam album, choć z pewnością nie należący do tych przełomowych, jest świetnym przykładem na to, że trzymanie się zasad może być absorbujące i wywoływać wiele emocji. Czasem nawet wiele skrajnych emocji. Chociaż to już pozostawiam do osobistej oceny wszystkim zainteresowanym. A nuż zapragniecie dowiedzieć się, co by było, gdyby drzewa mogły mówić... nawet w tej klasycznej formie.


