Spis utworów:
- The Seventh Proof
- Death Bells
- Unbalanced Pieces
- You Will Miss Me When I Burn
- Some Misunderstanding
- All the Way Down
- Shadows Fall
- Can't Catch the Train
- Pharaoh's Chariot
- Praying Ground
- Rolling Sky
- Wise Blood
- By My Side
Recenzja redakcji
Jak mógłbym nie wspomnieć o albumie, który od pierwszego usłyszenia, kilka tygodni po premierze (sierpień 2009) do dziś tak samo zachwyca? Jest co najmniej kilka powodów, dla których Broken, to album świetny.
Po pierwsze, piękne melodie, jak np. w dwóch niesamowitych intrumentalach – pierwszym The Seventh Proof i przedostatnim Wise Blood – które to z powodzeniem mogłyby znaleźć się na soundtrackach do filmów, wyciskające łzy i w tak prosty sposób wykorzystujące potęgę orkiestry symfonicznej.
Po drugie, Mark Lanegan i jego kosmiczny głos. Mark pojawił się już na poprzednim albumie Soulsavers, tutaj nie jest już gościem lecz współtwórcą, autorem tekstów i wokalistą w 9 kawałkach. Nie wnikam, jak destrukcyjny tryb życia prowadził kiedyś Mark, faktem jest, że głos ma mocarny, bardzo niski, głęboki i ciepły. A że przy tym z powodzeniem śpiewa zarówno rockowe killery (jak np. Death Bells) czy chwytające za serce ballady (You Will Miss Me When I Burn), to tylko dobrze o nim (i jego umiejętnościach) świadczy.
Po trzecie, właśnie owa różnorodność. Mamy tu wspomnianą wcześniej muzykę-prawie-filmową, mamy post-punk (Death Bells), trip-hop (Unbalanced Pieces), klasyczny rock z elementami contry i bluesa (Some Misunderstanding, Shadows Fall), gospel (All the Way Down), nieco Portishead (Praying Ground), nieco Massive Attack (Rolling Sky) – i wiele, wiele innych smaczków. Wszystko pięknie wyprodukowane przez właściwy trzon Soulsavers czyli Ricka Machina i Iana Glovera, aż chce się słuchać.
Po czwarte, goście. Pomijając już wybitnego Lanegana, w nagraniach udział wzięli m.in. Mike Patton, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać (Unbalanced Pieces), a także Red Ghost, odkryta przez Soulsavers (liczne chórki, oraz główny wokal w Praying Ground czy By My Side), Richard Hawley (z Pulp) czy Jason Pierce (ze Spiritualized). Słuchając, nie czuje się tego i nie docenia jaki dream team tworzy tą muzykę. Ale to też tłumaczy jej wysoki poziom i nie nachalność.
Po piąte, klimat, jaki tworzy Broken. Być może wynika to z głosu Lanegana, może z niektórych bluesowo-gospelowych motywów, ale jest to album bardzo amerykański. Przywodzący na myśl pokój hotelowy o czwartej nad ranem, z unoszącym się w powietrzu zapachem whisky i papierosów. Skłaniający do rozmyślań i trudnych rozmów. Z jednej strony - lekki i ciepły, z drugiej – przytłaczający. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Właśnie te pięć haseł-kluczy pozwala mi wystawić temu krążkowi piątkę. Nie twierdzę, że każdemu się spodoba. Ale odpalony w określonych warunkach, o pewnej specyficznej porze i w odpowiednim nastroju z albumu dobrego staje się nagle albumem wybitnym. I mimo wszystko nadal się nie starzeje.
Warto dać im szansę.


