Muzyka Lamb słuchana w warunkach domowych pozwala poczuć się dosyć ciepło, spokojnie i niemal romantycznie, nawet przy smutniejszych piosenkach. Z takim też nastawieniem szedłem wczoraj na ich krakowski koncert do Klubu Studio – ciepło i przyjemnie pobujać się, kiedy na zewnątrz nadal męczą mrozy. Choć wyszło inaczej, byłem bardzo usatysfakcjonowany. Ale po kolei.
Punktualnie o 20:00 na scenie zameldował się Jay Leighton – jego nieco senny, 20minutowy set w składzie ja + gitara akustyczna mógł się podobać fanom Damiena Rice’a czy Glena Hansarda. Sprawna zmiana sprzętu, po kilka minut po wpół do dziewiątej na scenę wkroczył drugi support – The Ramona Flowers. Żywa perkusja, basy i przestery pobudziły gawiedź, dały też przedsmak mocy nagłośnienia i choć niewielkie wyobrażenie tego, co będzie się działo już za niedługo. Wokalista pod względem scenicznego sposobu bycia miał w sobie coś z Mortena Harketa z A-Ha. Pół godziny elektronicznego grania, momentami zahaczającego o indie i trip-hop były czasem miło spędzonym. A przynajmniej przyjemnie się do tego tupało nóżką i kiwało głową.
Jak na środek tygodnia i wcale nie tanie bilety, frekwencja była zaskakująco dobra. Tłoczno i duszno pod sceną, balkon zapchany, oczekiwanie na gwiazdę wieczoru dłużyło się niemiłosiernie. Wreszcie, o 21:40 zgasły światła, pojawiła się niebieska poświata, z taśmy poleciało intro. Ciekawą i miłą scenę wychwyciłem przez uchylone drzwi na backstage – podczas intro, przez dobrą minutę czy dwie Lou Rhodes i Andy Barlow po prostu przytulali się do siebie, być może przekazując sobie pozytywną energię. Przyjemne, ciepłe i rodzinne.
Zaczęli od pierwszego utworu z ostatniego albumu 5 – Another Language. Kiedy wybrzmiały ostatnie jego dźwięki, gdy Lou powiedziała denkuje, a potem hello Krakoff, chyba każdy był w niej już zakochany. Od razu dało się poczuć owe ciepło i spokój. Ale pozory mylą - publiczność i zespół napędzali się wzajemnie, a sceniczne interpretacje pomogły w tym wydatnie. Zarówno nowsze kawałki, jak świetne Build a Fire, psychodeliczne Butterfly Effect czy Existential Itch zabrzmiały bardzo mocno i ciekawie. Jeszcze lepiej było w starszych utworach – z natury bardziej znanych i lepiej odbieranych – Andy dołożył wszędzie liczne efekty, przestery, a przede wszystkim bardzo mocne basy i bity. Kiedyś, na falach radiowych stwierdziłem, że brakuje mi w muzyce Lamb tzw. biciku. Oficjalnie dementuję. Choćby w trakcie drugiego w zestawie Little Things można było poczuć rasowy drum and bass – i zabrzmiało to świetnie.
Właśnie Andy, będący kierownikiem imprezy, rozkrzyczanym, skaczącym, wspinającym się na głośniki, grającym na bębnach, zagrzewającym zgromadzoną wiarę. A publiczność – stateczna, raczej bujająca (pojedyncze jednostki pokusiły się o podskoki), ale za to bardzo sympatyczna i głośna. Naprzeciw – Lou Rhodes. Śliczna, ubrana w zwiewną, długą suknię, skromna, spokojna i niemogąca powstrzymać uśmiechu. Nieco zaskoczona tak entuzjastycznym przyjęciem w Krakowie. Zupełne przeciwieństwo Barlowa – on żywiołowy, macho i showman; ona skromna, uśmiechnięta i patrząca na niego z przymrużeniem oka. Wrażenie zrobił również pan (kontra)basista. Grał świetnie, bujał swoim ciałem, jak i instrumentem. Cała trójka wyglądała na szczerze zadowoloną, w pewnym momencie, nie mogąc rozpocząć kawałka ze względu na aplauz, stwierdziła, że jesteśmy najgłośniejszą publicznością na trasie (co wzbudziło jeszcze większy hałas). I tak to właśnie działało – rosnąca, wzajemna sympatia.
Gdzieś po drodze chóralnie odśpiewane Gabriel, a na koniec zasadniczego setu jeden z highlightów koncertu – Gorecki, który zabrzmiał jeszcze potężniej i smutniej. No ale gdzie miałby tak zabrzmieć, jeśli nie w ojczyźnie Góreckiego? Zejście ze sceny po 65minutach było raczej kokieterią – wrócili po chwili, Andy zaczął fotografować publiczność i poprawił się, że jesteśmy najlepszą publicznością na trasie. Kurtuazja? Patrząc na ich uśmiechy raczej nie. Na bis równie dobrze przyjęte What Sound, a na wielki finał – rozszerzona, długa i mocarna wersja Trans Fatty Acid. Tutaj poczułem się jak na rasowym bristol soundowym koncercie – mrok, dym, basy i hałasy poruszające włosy na głowie, wybuchająca muzyka i… ostateczny koniec. Półtorej godziny grania, szczęście na twarzach po obydwu stronach barierek.
Warto zwrócić uwagę na miłe dla oka wizualizacje w tle (często były to ujęcia z teledysków), a przede wszystkim na bardzo dobre, jak na Studio, nagłośnienie. Lamb rozgrzało i rozbujało, choć w sposób, który zaskoczył chyba wszystkich, dla których był to ich pierwszy koncert. No cóż, jak widać, Polacy kochają trip-hop, a muzycy trip-hopowi uwielbiają grać w Polsce. Niech ta symbioza trwa jak najdłużej.


