Spis utworów:
- "Cirkus" (Fripp/Peter Sinfield) – 6:27, zawiera:
- "Entry of the Chameleons"
- "Indoor Games" (Fripp/Sinfield) – 5:37
- "Happy Family" (Fripp/Sinfield) – 4:22
- "Lady of the Dancing Water" (Fripp/Sinfield) – 2:47
- "Lizard" (Fripp/Sinfield) – 23:15, zawiera:
- "Prince Rupert Awakes"
- "Bolero: The Peacock's Tale"
- "The Battle of Glass Tears"
- "Dawn Song"
- "Last Skirmish"
- "Prince Rupert's Lament"
- "Big Top"
Recenzja redakcji
Trudno uwierzyć, że w 1970 roku, kiedy King Crimson było w zasadzie w rozsypce, mógł powstać tak świetny, wręcz wizjonerski album. Po nagraniu arcygenialnego debiutu In The Court Of The Crimson King i jego bliźniaczego brata In The Wake Of Poseidon w zespole pozostali jedynie Robert Fripp oraz Peter Sinfield. Fripp, nie zrażony tym faktem postanowił skompletować całkiem nowy skład na użytek sesji do następnego wydawnictwa grupy. Rolę basisty oraz wokalisty objął Gordon Haskell, znany już fanom King Crimson z gościnnego udziału na poprzedniej płycie formacji, perkusistą został Andy McCulloch, a na saksofonie oraz flecie zagrał Mel Collins, który również miał wkład w In The Wake Of Poseidon. Dodatkowo dla wzbogacenia brzmienia w powstawaniu Lizard udział wzięli muzycy sesyjni: Robin Miller (obój, rożek angielski), Mark Charig (kornet), Nick Evans (puzon), Keith Tippett (pianino, pianino elektryczne), Jon Anderson (wokal w suicie Lizard).
Już pierwszy utwór na płycie sugeruje diametralne zmiany w muzyce King Crimson. Pełen niepokoju Cirkus, zaczynający się cichym i delikatnym motywem klawiszowym, zostaje nagle zburzony agresywnym, dysonansowym riffem. Dalej mamy... jazz. Jazz w jak najlepszej odsłonie. Instrumenty dęte raz grają kakofoniczne, wręcz sprawiające wrażenie chaotycznych dźwięki, aby zaraz potem płynnie przejść w jak najbardziej melodyjne rejony. I do tego ten niespokojny wokal, który w kulminacyjnych momentach kompozycji przechodzi we wrzask... W warstwie tekstowej utwór doskonale współgra z muzyką. Dziwny i niepokojący obraz cyrku przeraża, a zarazem fascynuje. A może ten cyrk to obraz naszego coraz bardziej upadającego społeczeństwa?
Indoor Games/Happy Family to najbardziej odjechane momenty albumu. Wpływy jazzu są tutaj jeszcze bardziej słyszalne. Poszczególne instrumenty wręcz przekrzykują się w kanonadzie swoich rozimprowizowanych partii. Szef trzyma jednak to wszystko w ryzach i o przypadkowych dźwiękach nie ma tutaj mowy. Mocno eksperymentalne fragmenty tych utworów po którymś z kolei przesłuchaniu naprawdę zaczynają się podobać i mocno zapadają w pamięć. W warstwie tekstowej Indoor Games jest ilustracją zepsutego do granic możliwości hedonisty, a Happy Family w sposób kabaretowo-alegoryczny ilustruje rozpad zespołu The Beatles, przypisując poszczególnym jego członkom nowe tożsamości (Paul McCartney - Judas, Ringo Starr - Rufus, George Harrison - Silas, John Lennon - Jonah).
Kolejny utwór Lady of the Dancing Water to spokojna, wyciszona ballada zaaranżowana jedynie na flet, saksofon i gitarę, z niezwykle subtelnym wokalem Gordona Haskella. Jest to jednak krótki odpoczynek przed monumentalna suitą, która rozpocznie się już zaraz...
Lizard to tytułowy, najdłuższy w historii Karmazynowego Króla, trwający ponad 23 minuty utwór. Pełen niejasności i historyczno-kulturowych aluzji tekst Sinfielda doskonale koresponduje z muzyczną narracją kompozycji, która formalnie podzielona została na kilka mniejszych części. W pierwszej z nich usłyszymy wspomnianego już wcześniej Jona Andersona z zespołu Yes. Zasadniczo ta część, zatytułowana Prince Rupert Awakes, jest niemal tradycyjną piosenką (oczywiście jak na King Crimson) ze zwrotką i całkiem miłym dla ucha refrenem. Dobrze wprowadza ona słuchacza w dalszą część suity i pozwala odetchnąć przed tym co czeka nas za kilka minut. Dalej mamy... bolero (Bolero: The Peacock's Tale) z przepięknymi partiami solowymi instrumentów dętych, które w pewnym momencie, tak niespodziewanie i wręcz podstępnie, zaczynają grać coraz bardziej złowieszcze dźwięki. I tak dochodzimy do The Battle of Glass Tears, w którym słychać zapowiedź przyszłych wydawnictw grupy takich jak Larks' Tongues In Aspic czy Red. Te charakterystyczne dla Frippa motywy prowadzą nas ku końcowi płyty, który płynnie przechodzi w złowieszczą, pełną psychodelicznych motywów muzykę cyrkową. Tym sposobem klamra albumu Lizard zostaje zamknięta, a mistrz udowadnia, iż przemyślał swoje dzieło w najdrobniejszych szczegółach.
To nie jest łatwa muzyka. W Wielkiej Brytanii Lizard po premierze rozszedł się w ilości zaledwie 35 000 egzemplarzy. Sam pamiętam jak ciężko słuchało mi się tej płyty. W rezultacie porzuciłem ją na kilkanaście miesięcy! Wracając do niej jednak odkryłem, że jest to album, którego piękno dostrzec można dopiero po kilku, jak nie kilkunastu przesłuchaniach. To, co wydawało się z początku chaotyczne w istocie jest wielowątkowe i dopracowane w każdym calu. Sprawia, że chce się do tego wydawnictwa wracać często, zwłaszcza, że King Crimson nie nagrał już nigdy więcej podobnego dzieła. Zdecydowane 5/5 z adnotacją musisz przynajmniej skosztować.


