Spis utworów:
- "Open Mind" (muzyka: Steven Wilson, Aviv Geffen) – 3:49
- "Blackfield" (muzyka: Steven Wilson) – 4:06
- "Glow" (muzyka: Steven Wilson, Aviv Geffen) – 4:02
- "Scars" (muzyka: Steven Wilson, Aviv Geffen) – 3:59
- "Lullaby" (muzyka: Steven Wilson) – 3:31
- "Pain" (muzyka: Aviv Geffen) – 3:48
- "Summer" (muzyka: Steven Wilson, Aviv Geffen) – 4:14
- "Cloudy Now" (muzyka: Steven Wilson, Aviv Geffen) – 3:35
- "The Hole in Me" (muzyka: Aviv Geffen) – 2:47
- "Hello" (muzyka: Steven Wilson, Aviv Geffen) – 4:06
Bonus Disc
- "Perfect World" (muzyka: Steven Wilson, Aviv Geffen) – 3:52
- "Where Is My Love?" (muzyka: Aviv Geffen) – 3:03
- "Cloudy Now (Live)" – 3:43
Recenzja redakcji
Pozwolę sobie pominąć starą jak ten album dyskusję, czy Blackfield można jeszcze traktować jak rock progresywny, oraz czy jest wartościowy tylko przez pryzmat nazwiska Stevena Wilsona. Skupię się na tym, że to przede wszystkim bardzo, bardzo dobry kawałek muzyki.
Steven Wilson, którego nie trzeba przedstawiać, został w 2000roku zaproszony przez jedną z największych gwiazd w historii izraelskiej muzyki, Aviva Geffena, do zagrania przez Porcupine Tree koncertów tamże. Przy okazji panowie się skumali, pomyśleli o współpracy, a ta po latach trudu i znoju zaowocowała albumem. Są rzeczy zupełnie nowe, są stare kompozycje Geffena przetłumaczone z hebrajskiego na angielski, są nuty, które Wilson wymyślił jeszcze w gronie Porcupine Tree.
Pro forma dodam, że całość jest zdecydowanie odskocznią od bardziej progresywnego i złożonego oblicza Pana Stefana. Wszystko opiera się na prostych, 3-4minutowych piosenkach z pięknymi, oczywistymi melodiami, owiane przejmującymi wokalami obydwu panów, zanurzone w wielkiej nostalgii, smutku i marzeniach.
Mamy więc otwarcie w postaci „dwuobliczowego” Open Mind, a z każdym kolejnym kawałkiem jest coraz lepiej – zwiewny Blackfield (swojego czasu nr 1 Trójkowej Listy Przebojów), jak również rozmarzone i cierpiętnicze Glow, Pain czy Hole In Me. Mamy też piękne, balladowe Lullabye, Summer; bardzo ciekawe (i moje ulubione na tym krążku) Scars oparte na trip-hopowym bicie, z genialnym, orientalnym, drum and bassowym fragmentem pod koniec. A na finał, wisienka na torcie, Cloudy Now (wielki przebój, zarówno jako oryginał w Izraelu, jak i później w wielu krajach) – wyrzut do całego otaczającego społeczeństwa, świata, tak smutny, opowiadający historię niejednego z nas, z krzyczanym na koncertach zarówno przez muzyków jak i (przede wszystkim) publikę we are the fucked up generation; oraz Hello, od którego cała historia Blackfield się rozpoczęła.
Wszystko to w zaledwie 37 minut. Bez zbędnej wirtuozerii, za to z wielką emocjonalnością. Świetne połączenie angielskiej precyzji i stonowania, ze wschodnim temperamentem. Album niezwykle równy, różnorodny i uniwersalny (co jest tutaj zaletą) – na różne stany, pory dnia, okoliczności. Bardzo intensywny, wrzynający się głęboko w pamięć. Niczym w Pain, gdzie pojawia się will we ever meet again as friend / after so long? – nie wiem, czy panowie spotkali ponownie swoją drugą połówkę, ale “ze sobą” się spotkali i ten jakże zacny projekt trwa dalej. 5/5, jak nic.


