Spis utworów:
- "Three Wishes" (6.58) - Latimer
- "Lost and Found" (5.38) - Hoover, Latimer
- "The Final Encore" (8.07) - Latimer
- "Rajaz" (8.15) - Hoover, Latimer
- "Shout" (5.15) - Hoover, Latimer
- "Straight to My Heart" (6.23) - Latimer
- "Sahara" (6.44) - Latimer
- "Lawrence" (10.46) - Hoover, Latimer
Recenzja redakcji
Dobrych kilka lat temu, kiedy zaczynałem swoją przygodę z zespołem Camel, album Rajaz trafił w moje ręce jako jeden z pierwszych tej formacji. Do dzisiaj mam do niego ogromny sentyment i choć nie jest to mój ulubiony krążek wielbłąda (tutaj wygrywa jednak Mirage) za każdym wracam do niego z nieukrywaną przyjemnością. Rajaz nie jest ani specjalnie przebojowy, ani zespół nie odkrywa tutaj jakiś nowych horyzontów, siła tego wydawnictwa tkwi całkiem gdzie indziej... A gdzie? Moim zdaniem w umiejętności snucia arcyciekawych historii przez Andy'ego Latimera, który za pomocą kilku trąceń strun swojej gitary potrafi wyrazić więcej niż niejeden wirtuoz tegoż instrumentu. Rajaz podobnie jak Mirage znowu zabiera nas na pustynię. Tym razem podróż będzie trudniejsza i dłuższa, po drodze napotkamy mniej oaz, a ostre słońce stanie się jeszcze bardziej dokuczliwe. Gorący piasek sparzy nasze stopy, a bagaże ciążyć będą bardziej niż przedtem. Taki jest właśnie ten album, przypomina karawan doświadczonych kupców, wędrujących przez dobrze sobie znane piaski pustyni. Monotonia? Tylko pozornie. Pozostając sam na sam z pustynią możemy doświadczyć rzeczy, o których nam się nie śniło...
Rozpoczynamy utworem Three Wishes. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych instrumentali grupy. Skojarzenia nieodparcie biegną w kierunku Śnieżnej Gęsi, lecz tutaj jest o wiele bardziej nowocześnie. Utwór po krótkim wstępie nabiera tempa, robi się całkiem dynamicznie i żywo. Główny motyw piosenki zagrany przez Andy'ego na flecie skutecznie wwierca się w naszą głowę, nie prędko chcąc ją opuścić. Ostatnio nawet moja żona krzątając się po domu nuci go sobie nader często. Żywe, barwne i na wskroś melodyjne partie instrumentalne zawsze były silną stroną zespołu i tak jest też tutaj.
Lost and Found - mój faworyt, genialna ballada zagrana na 7/8. Nietypowe metrum wydaje się być dla tej piosenki tak naturalnym i niewymuszonym, że przy pierwszych przesłuchaniach można nie zauważyć tych charakterystycznych "cięć". Wokal Andy'ego choć spokojny i wyważony wydaje się pasować tutaj idealnie. Świetne solówki gitary i klawiszy dopełniają całości i sprawiają, że te pięć i pół minuty mija zdecydowanie za szybko. Ale taki też jest charakter tego albumu. Prawie wszystkie piosenki poza ostatnią mieszczą się w przedziale czasowym 5 do 10 minut. Rajaz nie jest także koncept albumem, przynajmniej jeśli chodzi o warstwę tekstową.
The Final Encore rozpoczyna niejako "drugą" część tego albumu. Tempo nieco zwalnia i po pełnym entuzjazmu początku wędrówki przychodzi doświadczenie "prawdziwej pustyni". Utwór ten zdominowany jest przez warstwę instrumentalną, choć wokal również się pojawia. To, co przykuwa tutaj największą uwagę to przede wszystkim mocno orientalizująca harmonia. Gitara Latimera jak zwykle lśni tysiącem barw i odcieni, a ciepłe brzmienie całości niesłychanie oddziałuje na wyobraźnię.
Kompozycja tytułowa rozpoczyna się wokalem Latimera na tle jedynie gitary akustycznej. Robi się bardzo intymnie i skojarzenia mimowolnie biegną w stronę niektórych ballad Johnny'ego Casha, zarówno jeśli chodzi o wokal, jak i partię gitary. Lider Camel nigdy wielkim wokalistą nie był, ale jego śpiew niesie ze sobą jakiś taki smutek i melancholię, którym trudno nie ulec. Dramaturgi dodatkowo dodaje tutaj partia wiolonczeli, który to instrument przewija się zresztą przez cały krążek. Jest naprawdę przejmująco, bez popadania w sztuczny patos. Kompozycja po chwili nabiera tempa, a gitara znowu tak niewielkimi środkami tak silnie oddziałuje na emocje. Takie pasaże instrumentalne są w twórczości grupy czymś, w czym zatracam się bezgranicznie, a ich ciepłe, barwne brzmienie dopełnia tego, już i tak nad wyraz pozytywnego wrażenia. To niesamowite jak Latimer kilkoma pojedynczymi dźwiękami potrafi wywołać ciary na plecach.
Następny w kolejności Shout to moim zdaniem rzecz nieco słabsza, choć niepozbawiona wyrazu. Znowu mamy tutaj leniwe pasaże instrumentalne do spóły z onirycznym wokalem Latimera, choć wydaje się, że czegoś ciut brakuje. Na szczęście nie znaczy to, że utwór jest nudny, takie stwierdzenie byłoby sporym nadużyciem, niemniej jednak w konfrontacji z całością materiału wypada najbladziej.
Straight To My Heart to znowu Johny Cash! Kilka pierwszych taktów to niemal leniwe, pustynne country, ale podane z wyczuciem i smakiem. Kawałek ten skonstruowany jest podobnie jak kompozycja tytułowa, najpierw sama gitara i wokal, potem wzrost dynamiki i wejście pozostałych instrumentów. Znowu czujemy, jak gorące słońce pustyni bezlitośnie smaga nasze karki.
Kompozycja o dość wymownym tytule Sahara to kolejna instrumentalna rzecz w zestawie. Po raz kolejny cieszą orientalizmy i pustynny klimat. W środku utworu robi się znowu prawie tak samo dynamicznie jak na początku albumu. Napięcie stopniowo narasta, kompozycja ma swoją logiczną strukturę i bieg, co cieszy, bo niestety brak tego wielu współczesnym zespołom próbującym swoich sił na polu prog rocka.
Ponad 10 minutowy, najdłuższy na płycie utwór Lawrence kończy naszą podróż. Cóż mogę napisać? To kolejna udana rzecz, godnie kończąca tę pustynną płytę. Znowu napięcie budowane jest stopniowo, pomiędzy wokalem a solówkami zachowana jest odpowiednia proporcja, a całość ma unikalny klimat, w który trudno jest się nie wciągnąć.
Tak jak pisałem na początku, Rajaz nowych horyzontów w muzyce nie odkrywa, ale o zjawisku odgrzewanych kotletów też w przypadku tego dzieła nie może być mowy. Latimer mniej więcej od czasów Dust And Dreams zaczął tworzyć muzykę o wiele bardziej kameralną i osobistą, bez zbędnego show i nonszalancji. Ostatnie pozycje Camel to propozycja raczej dla wąskiego grona odbiorców, którzy lubią usiąść wieczorem z dobrym winem w łapie i wysłuchać muzycznej opowieści od początku do końca. Bo tutaj są emocje, jest klimat, prawdziwy smutek i prawdziwa radość i tym chociażby Camel dyskwalifikuje współczesne zespoły prog rockowe, takie jak chociażby The Tangent, które pomimo tego, iż pozornie grają szybko, gęsto i dużo ani przez chwilę nie przykuwają uwagi tak skutecznie jak Camel. Ocena 4+/5.


