Spis utworów:
- Bornlivedie — 1:46
- Signify — 3:26
- The sleep of no dreaming — 5:24
- Pagan — 1:38
- Waiting Phase One — 4:24
- Waiting Phase Two — 6:16
- Sever — 5:30
- Idiot Prayer — 7.37
- Every home is wired — 5:08
- Intermediate Jesus — 7:29
- Light mass prayers — 4:28
- Dark Matter — 8.52
Recenzja redakcji
Czy beztroski żart młodości może przerodzić się w jeden z najważniejszych zespołów lat dziewięćdziesiątych i XXI wieku? Człowiek, którego sylwetkę chciałbym przybliżyć jest tego żywym przykładem i dowodem na to, że czasami jednak marzenia się spełniają. Mowa o Stevenie Wilsonie, szefie i założycielu Porcupine Tree, projektu, który pierwotnie był wygłupem dwóch przyjaciół.
Nasz bohater wraz z kolegą, których młodość przypadała na syntetyczne lata osiemdziesiąte, wymyślili całkowicie fikcyjną historię grupy grającej muzykę zainspirowaną space rockiem i rockiem progresywnym, która rozpoczęła swoja działalność w latach siedemdziesiątych i pomimo zmieniających się trendów muzycznych nigdy się nie poddała i nie przestała grać. Konsekwencją tych niepoważnych wygłupów było powstanie poważnego materiału, w całości nagranego i zmiksowanego przez Wilsona. Ku jego ogromnemu zaskoczeniu utwory te spotkały się z nad wyraz pozytywnym przyjęciem. Okazało się że jest wielu ludzi zainteresowanych właśnie taką muzyką, zmęczonych erą disco i plastiku. Zaproponowana mu została współpraca i wydanie płyty.
Pierwsze dwa albumy Porcupine Tree (On The Sunday Of Life i Up The Downstairs) zostały nagrane tylko przez Stevena i są one dopiero niejako zapowiedzią wybuchu jego twórczego potencjału. Jednak już na potrzeby następnych albumów udało się skompletować zespół w składzie: Richard Barbieri, Colin Edwin, Chris Maitland, Steven Wilson i nagrać wyśmienite płyty The Sky Moves Sideways i Signify. Kolejne albumy zespołu to: Stupid Dream, Voyage 34: The Complete Trip, Lightbulb Sun, Recordings, Metanoia, Stars Die: The Delerium Years 1991-1997, In Absentia, Deadwing, Fear Of A Blank Planet, The Incident. Właściwie każda z tych płyt trzyma wysoki poziom i posiada niepowtarzalny, właściwy sobie klimat, co stanowi o niezwykłej klasie Wilsona i kolegów. Warto też nadmienić, że Steven oprócz działalności z PT udziela się on w grupach: Blackfield, No-Man, I.E.M. i Bass Communion, słowem istny z niego człowiek orkiestra.
Słów kilka napisać chciałbym jednak o moim ulubionym albumie jeżozwierzy zatytułowanym Signify. Wydawnictwo to jest doskonałym przykładem na to, że Porcupine Tree bardzo szybko stało się zespołem niezwykle zgranym, który w sposób perfekcyjny potrafi operować nastrojem, od smutku i nostalgii do niewyobrażalnej radości. Płyta zaczyna się nieco psychodelicznie, od nietypowego kolażu dźwiękowego Bornlivedie, który wprowadza nas w tematykę albumu, dotyczącą świadomego przeżywania swojego czasu na Ziemi. Z oddali słyszymy niepokojące głosy, kobiety i mężczyzny, dialogujących ze sobą i już po chwili wyłania się utwór tytułowy. W całości instrumentalny Signify napędzany motorycznym riffem gitary elektrycznej zawsze kojarzył mi się z utworem Red grupy King Crimson i czego nie da się ukryć, kompozycja ta ma nieco inny charakter niż pozostałe utwory. Właściwie jest to jedyny fragment płyty, który budzi moje wątpliwości, ponieważ już zaraz rozpoczyna się ta "właściwa" część albumu, urzekająca swoją subtelnością i klimatem melancholii już do końca. Tutaj każda piosenka zasługuje na osobne omówienie. Zarówno kompozycje instrumentalne, jak i te śpiewane są absolutnymi majstersztykami w dziedzinie szeroko rozumianego art rocka. Dosyć, że wymienię obydwie części Waiting ze wspaniałymi partiami wokalnymi Wilsona (przepiękne wielogłosy w refrenie!), natchnioną solówką gitary oraz urzekającą częścią instrumentalną, która skonstruowana jest tak, iż napięcie stopniowo narasta, osiągając pod koniec punkt kulminacyjny. Albo weźmy takie Sleep Of No Dreaming, w którym elektronicznie przetworzony głos w refrenie przyprawia o ciarki na plecach. Dla mnie osobiście te kompozycje są dźwiękowym urzeczywistnieniem największego szczęścia, jakie można osiągnąć. Ogólnie rzecz biorąc Signify w sposób perfekcyjny oddziałuje na emocje słuchacza i albumowi nie można zarzucić monotonni, pomimo, iż utrzymany jest w jednorodnej stylistyce, która albo kogoś przekonuje, albo nie.
Na koniec słów kilka o tekstach. Być może się powtarzam, ale znowu muszę napisać o zespole Wilsona w samych superlatywach, treść płyty jest naprawdę poruszająca. Utwory traktują o poszukiwaniu własnej tożsamości, zniewoleniu przez media, bezmyślnej konsumpcji, tematach, o których trudno mówić prosto, nie zahaczając o banał i moralizatorstwo. W tym wypadku udało się, jest poetycko, a zarazem jasno i wyraziście. Wszak muzyka ta z pewnością nie trafi do każdego, to nie jest kolejny nachalnie przebojowy produkt do skonsumowania i cieszenia się przez 5 minut, album ten wymaga od słuchacza skupienia i zaangażowania. Przy odrobinie wysiłku gwarantuję, że możecie odkryć cos naprawdę wielkiego. Płyta kończy się słowami "Crushed like a rose, in the river flow, I am I know". Piękne słowa na zakończenie pięknego albumu.


