Spis utworów:
- The leper affinity - 10:23
- Bleak - 9:15
- Harvest - 6:01
- The drapery falls - 10:53
- Dirge for November - 7:53
- The funeral portrait - 8:44
- Patterns in the ivy - 1:52
- Blackwater park - 12:08
- Still day beneath the sun - 4:34
- Patterns in the ivy II - 4:12
- Harvest (wideo)
Recenzja redakcji
Piękna tego albumu nie sposób przecenić. Agresja miesza się tutaj z delikatnością, ciężar z lekkością, mrok ze światłem... Ten album jest podróżą. Bardzo mroczną podróżą, w której możemy zatracić się bezpowrotnie, gdzie światło jest tylko chwilowym ukojeniem. Warto jednak spróbować się w nią wybrać, aby przekonać się na własnej skórze, że i mrok może być piękny.
Słuchacze, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z zespołem, mogą czuć się nieco zmieszani i przytłoczeni intensywnością tej muzyki. Szlachetność oraz całe bogactwo albumu docenić wszak można dopiero po kilkakrotnym jego przesłuchaniu. A jest naprawdę czego słuchać... Średnia długość kompozycji to 10 minut, a dzieje się w nich tyle, że inni mogli by na kanwie jednego utworu Opeth nagrywać całe płyty. Do tego dochodzą wirtuozerskie umiejętności poszczególnych muzyków, duża różnorodność harmoniczna, umiejętnie wplatane dysonanse oraz nietypowe eksperymenty z metrum. W zasadzie jedyną piosenką w tradycyjnym tego słowa znaczeniu jest tutaj przepiękna ballada Harvest, w którym to utworze jako jedynym nie pojawia się też growl. Wszystkie inne kompozycje pełne są niesamowitych zmian dynamiki i nastroju. Słuchacz ma wrażenie jakby znalazł się w samym środku jakiejś niezwykle mrocznej, ale też i epickiej opowieści.
Zasadniczo każdy z utworów trzyma taki sam, wysoki poziom. Nie ma na tej płycie momentów słabych, każdy jest równie ważny i emocjonujący. Album rozpoczyna się cichym, jednostajnym intro, aby zaraz z impetem uderzyć słuchacza ostrym, agresywnym riffem, do którego po chwili dołącza głęboki, niski growl Åkerfeldta. To początek pierwszej kompozycji The Lepper Affinity. Utwór rozwija się z charakterystycznym dla Opeth rozmachem, gdzieś w środku zwalnia, gitary elektryczne zostają zastąpione przez akustyczne, a potem znowu następuje uderzenie. Koniec jest jednak spokojny. Subtelne, fortepianowe dźwięki, mogące kojarzyć się z muzyką klasyczną, doprowadzają słuchacza do finału kompozycji. Dalej mamy Bleak z nieco orientalizującym wstępem i jeszcze bardziej zagmatwaną strukturą. W środkowej części wokalnie udziela się sam Steven Wilson, którego gościnny wkład nie ograniczył się bynajmniej to tej jednej piosenki. Lider Porcupine Tree zajął się produkcją wydawnictwa, a także nagrał wszystkie partie klawiszy, pojawiające się na Blackwater Park. Jego wokal usłyszeć można również w różnych częściach płyty, między innymi właśnie w Bleak. Następna kompozycja to wspomniany wcześniej Harvest, środek oazy spokoju na albumie. Po nim następuje The Drappery Falls, którego łagodny początek przygotowuje słuchacza na dalszą, o wiele bardziej mroczną część podróży. Kolejne utwory atakują znaną z początku płyty intensywnością i tak już będzie do końca, z niewielkimi tylko wyjątkami, aż do fortepianowego wyciszenia, trwającego jednak krócej, niż to w The Lepper Affinity. Tak kończy się jeden z najlepszych i najpiękniejszych albumów z jakimi dane mi było obcować.
Nie wiem, na ile zadziałała magia nazwiska Wilsona, rzeczą oczywistą jest natomiast fakt, iż ze spotkania tych dwóch muzycznych indywidualności (jak to zgrabnie ujął jeden z redaktorów Teraz rocka: "rockowej arystokracji") musiało powstać dzieło niezwykłe. Udział lidera Porcupine Tree w przedsięwzięciu był znaczący. Muzyka Opeth zyskała przez jego osobę nieco bardziej progresywny odcień. Nie należy jednak przypisywać Wilsonowi całego sukcesu, wszak zespół miał przecież wtedy na koncie kilka całkiem niezłych albumów, a przede wszystkim swój własny, wypracowany i całkowicie unikalny styl, którego Blackwater Park jest właśnie esencją. Kolejne, niezwykle udane wydawnictwa grupy dowodzą tego, iż istotnie mamy do czynienia z wizjonerami, a raczej wizjonerem metalu, gdyż nie jest tajemnicą, że to Åkerfeldt jest liderem formacji oraz kompozytorem lwiej części materiału i Opeth to całkowicie jego "teatrzyk".
Na koniec wypada powiedzieć, że pomimo wszystkich zalet albumu, Blackwater Park nie trafi do wszystkich. Zniechęcać może mocno zakorzeniona w muzyce grupy stylistyka death metalu. Wielu uzna to za łomot lub wrzaski (tym polecam zacząć poznawanie Opeth od akustycznego albumu Damnation), jeśli jednak ktoś już złapie haczyk i poświęci tej muzyce odrobinę czasu i zaangażowania, może przeżyć jedną z najwspanialszych muzycznych przygód swojego życia.


