Spis utworów:
- Looking for Someone
- White Mountain
- Visions of Angels
- Stagnation
- Dusk
- The Knife
Recenzja redakcji
Droga Genesis do popularności nie była wcale taka prosta jak mogłoby się wydawać. Trzeba jasno powiedzieć, że zespół na początku swojej działalności miał pecha trafiając pod skrzydła Jonathana Kinga. Jego nazwisko jednak nigdy nie zostanie wymazane z historii tego zespołu, gdyż to właśnie on ochrzcił grupę nazwą „Genesis”, pod którą zespół funkcjonował przez kolejne dekady. Członkowie formacji pracując nad swoim debiutanckim albumem w wielu kwestiach musieli ustąpić Kingowi idąc na kompromis. Owocem tych wysiłków był wydany przez Decce w 1969 roku album „From Genesis To Revelation”. Prawdę mówiąc, zarówno muzycy jak i fani zespołu najchętniej wymazaliby tę datę ze swojej pamięci. Solidarnie twierdzą oni, że krążek ten był wynikiem błędów, jakie popełnił niedoświadczony zespół, a za prawdziwy debiut uznają płytę „Tresspass”. Mimo, iż drugie wydawnictwo grupy zostało zignorowane na rynku brytyjskim, jego wartość doceniono na kontynencie. Nie ulegało wątpliwości, że już niedługo hasła „Genesis” oraz „rock progresywny” będą znajdować się na ustach niemal całego świata.
Całość rozpoczyna „Looking For Someone”. Ekspresyjny wokal Gabriela bardzo dobrze oddaje problematykę utworu, która dotyczy postrzegania własnego „ja”. W kompozycji nie brakuje zmian tempa. Emocje, które uzewnętrznia wokalista dodatkowo podkreślane są przez dynamiczne partie perkusji. Z dobrej strony pokazuje się Phillips. Pełne patosu dźwięki wychodzące spod jego palców świetnie podkreślają stan wewnętrznego rozdarcia człowieka zagubionego we współczesnym świecie. Emocje te po pewnym czasie zaczynają niepostrzeżenie budzić się we wnętrzu słuchacza, który sam zaczyna żyć tą ekstrawertyczną fabułą. Na krętych ścieżkach naszej osobowości cały czas towarzyszy nam Tony Banks grając to na Hammondzie, to na fortepianie. Kompozycję urozmaica dodatkowo gra fletu, który wnosi odrobinę lekkości. W końcowej części numeru przypomina o sobie nieco zapomniany bas Rutherforda. Niestety dużo do życzenia pozostawia (zarówno w tym utworze jak i na całej płycie) nienajlepsza gra Mayhewa.
Pod numerem drugim na płycie znajdziemy baśniowy „White Mountain”. Zarówno wstęp jak i zakończenie utworu tworzą niezwykłą aurę tajemniczości, która doskonale komponuje się z panującą za naszymi oknami zimową rzeczywistością. Przez całą kompozycję prowadzą nas pulsujące dźwięki organów Hammonda, które przy akompaniamencie mruczącej gitary i subtelnych partii fletu malują nieco nostalgiczne obrazy przepełnione niemalże syberyjskim chłodem. Warto zwrócić uwagę na mniej nachalną w porównaniu do poprzedniego utworu grę perkusji, która jest bardziej stonowana i nie bombarduje nas już potężnymi uderzeniami. Pod tym względem jest może mniej „widowiskowo” niż wcześniej, ale za to bardziej technicznie. „Białe wzgórze” z pewnością jest dość ciekawie pomyślane i mimo drobnych niedociągnięć pozostawia po sobie dobre wrażenie.
O kolejnej kompozycji można powiedzieć, że jest ona w pewnym sensie wypadkową dwóch wcześniejszych numerów. Nie można tego oczywiście rozumieć dosłownie. Chodzi tutaj bardziej o to, iż w „Visions of Angels” znajdziemy „patenty”, które zostały zastosowane w poprzednich utworach, ale teraz zostały ubrane w nowe szaty. Kompozycja o której mowa jest chyba najbardziej wzniosłym numerem na płycie, a jej forma przepełniona jest duchem poezji. Pełen nieskrywanego przejęcia wokal Gabriela wznosi słuchacza na emocjonalne wyżyny. W „Visions of Angels” znów pojawia się dudniąca perkusja Mayhewa oraz fortepian Banksa. Ten ostatni z całą pewnością jest najważniejszym instrumentalistą w zespole, co nieustannie udowadnia wzbogacając każdy utwór swoimi klawiszowymi wariacjami. Pod względem strukturalnym kompozycję można by zobrazować za pomocą sinusoidy, która płynnie przechodzi od obszarów spokojniejszych, w których niewiele się dzieje do bardziej dynamicznych, gdzie natężenie dźwięków sięga zenitu. Dzięki takiej formie słuchacz nie nudzi się i cały czas jest żywo zainteresowany tym co dzieje się na krążku.
„Stagnation” jest prawdziwą perełką tego wydawnictwa. W tym, chyba najbardziej zasługującym na miano progresywnego utworze na płycie, dominuje atmosfera błogości. Swój stonowany charakter kompozycja zawdzięcza rozbudowanym, leniwie prowadzonym partiom Hammonda, którym wtórują subtelne dźwięki gitary. Delikatny śpiew dodatkowo podkreśla oniryczny charakter utworu. Aktorski ekstrawertyzm Gabriela ustąpił tutaj miejsca opanowaniu, co wynika być może z wagi problemu jaki podjął wokalista, a który dotyczy wyglądu świata po nuklearnym wybuchu. „Stagnation” nie należy do utworów skomplikowanych. Siła tego kawałka tkwi w umiejętnym połączeniu prostych melodii. Mimo, iż czasami robi się nieco bardziej dynamicznie, to jednak cały czas towarzyszy nam niezwykły klimat tworzony przez organy Hammonda. Dźwięki, jakie wydobywa z tego instrumentu klawiszowiec z pewnością urzekną nie tylko fanów rocka progresywnego. Dzięki prostym, ale trafionym rozwiązaniom, kompozycji słucha się bardzo przyjemnie. Czuje się wręcz, jak ta muzyka powoli wypełnia wnętrze człowieka. A świadczy to tylko o jednym – ten utwór ma duszę.
Kolejną pozycją na płycie jest „Dusk”, chyba najspokojniejszy utwór na „Tresspass”. Kompozycja prowadzona jest przez 12-strunową gitarę Phillipsa, której metaliczne dźwięki świetnie komponują się z klawiszowymi pasażami Banksa. Ponadto numer zyskuje na łagodności dzięki zagranemu na flecie solo, a pojawiające się co jakiś czas dźwięki trójkąta stanowią tylko dopełnienie niemal lirycznego obrazu całości.
Na koniec został nam niespełna 9-minutowy „The Knife”. Jest to kompozycja zdecydowanie najbardziej dynamiczna, ocierająca się niejako o konwencję hard rocka, o czym świadczy pojawiająca się już na samym początku przesterowana gitara. Ostre jak na Genesis zagrywki muzyków podkreślają dramaturgię towarzyszącą walce dobra ze złem o której śpiewa Peter Gabriel. W utworze nie brakuje zmian tempa oraz aranżacyjnych smaczków. Każdy z muzyków pokazuje się z dobrej strony. Tradycyjnie na pierwszym planie znajduje się grający na klawiszach Tony Banks. Umiejętnie tworzy on napięcie, a dźwięki wychodzące spod jego palców przepełnione są grozą i niepewnością. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Anthony Phillips, który pokazuje wreszcie pełnię swoich umiejętności. Jego pełne emocji solówki są tylko potwierdzeniem tego, iż jest to niezwykle utalentowany gitarzysta.
I to już koniec. Koniec płyty którą zdecydowana większość fanów jak i sam zespół uznają za właściwy debiut Genesis. Jeśli oczekiwaliśmy albumu po przesłuchaniu którego będziemy leżeć na łóżku jeszcze przez pół godziny z otwartymi ustami to możemy czuć się nieco zawiedzeni. Genesis nie jest zespołem, który od razu powala na kolana (a jeśli nawet to na pewno nie na tej płycie). I mimo, iż niektórzy mogą psioczyć, iż kapela weselna gra lepiej niż Genesis, to jednak muzykom należy się szacunek za ich pomysłowość. To właśnie dzięki oryginalnym aranżacjom mogli oni wypłynąć na szerokie wody rocka progresywnego. A sam „Tresspass” nie jest złym albumem. Mimo kiepskiego brzmienia, pod względem koncepcyjnym płyta się broni. To dobry krążek, który ma swój urok. I chociaż posiada też pewne niedoskonałości, bo ówczesne umiejętności muzyków nie pozwalały na zbyt wiele, a podczas samego nagrywania wiele rzeczy można było zrobić inaczej, to jednak słuchając tego albumu czuć, że wspólna gra była dla członków zespołu prawdziwą przyjemnością. Muzycy wreszcie mogli realizować swoje własne pomysły. Wreszcie byli wolni. Ocena końcowa: +3.


