Spis utworów:
- Crestfallen - 3:06
- Sleep In Sanity - 3:53
- Kingdom - 4:28
- They Die - 2:10
- Everwake - 3:06
- J'ai Fait Une Promesse - 4:22
- Alone - 7:15
- We The Gods - 3:02
- Sunset Of Age - 7:40
Recenzja redakcji
Muszę szczerze przyznać, że nie bardzo lubię akcje w stylu odgrzewamy stare kawałki i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Po newsie obwieszczającym, że najnowsza płyta Klątwy zawierać będzie nowe interpretacje utworów, z doomowego okresu działalności grupy, byłem do tego wydawnictwa nastawiony sceptycznie. Czy słusznie?
I tak i nie. Po pierwszym przesłuchaniu byłem zaskoczony, bo dostałem muzykę, której bym się w ogóle nie spodziewał. Stare utwory grupy zostały gruntownie prze aranżowane oraz nagrane w zaskakująco jednorodnej, nawet jak na ten zespół, stylistyce, która jest inna niż to, co Anathema prezentowała dotychczas. Pierwszych skrzypiec nie grają tutaj ani gitary, ani klawisze, ani nawet wokale, a... orkiestra, która dominuje niemal w każdym kawałku. No dobra, orkiestra orkiestrą, wiele zespołów rockowych stosowało już podobne zabiegi (niektóre z całkiem udanym skutkiem), najważniejsza jest przecież sama jakość muzyki. I tutaj już zaczyna się rozterka...
Początek płyty to istny błogostan, Crestefallen płynnie przechodzący w Sleep In Sanity to naprawdę wzniosłe i piękne rzeczy. Anathema brzmi tutaj niesamowicie szlachetnie i dostojnie. Nastrój nadziei i optymizmu udziela się słuchaczowi już od samego początku. Chyba jeszcze nigdy w muzyce grupy nie było tyle światła... Na pierwszym planie faktycznie słychać orkiestrę, w tle przepięknie snują się gitarowe plamy, niczym z innego, lepszego świata, wokal pływa gdzieś głęboko w tle, a my mamy wrażenie obcowania z czymś niezwykle wzniosłym. Podobnie sprawa ma się z utworem Kingdom. To niemal post-rock, a nawet post-rock symfoniczny! Co ważne słychać dalej że gra to Anathema. W ogóle początek Falling Deeper w wielu miejscach przypomina dokonania chociażby Sigur Rós i takie porównania są jak najbardziej na miejscu. Dalej niestety nie jest już tak różowo...
Środek płyty, czyli utwory They Die, Everwake, J’ai Fait Une Promesse, Alone, We, the Gods to zdecydowana obniżka formy. Brzmienie, które na początku zachwycało tutaj zaczyna nieco nużyć. Ok, takie Everwake z gościnnym udziałem Aneke van Giersbergen (znana między innymi z The Gathering) jeszcze się jakoś broni i mógłby być z tego naprawdę dobry kawałek, gdyby nie kończył się w momencie kulminacyjnym. Reszta jest zwyczajnie nudna. They Die to tylko krótki 2 minutowy przerywnik, w ponad 7 minutowym Alone nie dzieje się prawie nic, podobnie jak w J’ai Fait Une Promesse i We, the Gods. Słucha się tego może i dobrze, ta muzyka niewątpliwie ma klimat, ale trudno mówić tutaj o jakichś wyżynach twórczych, bo pojedyncze dźwięki wygrywane przez kilka minut na fortepianie na pewno nimi nie są.
Na koniec jednak dostajemy niespodziankę niezwykła, Sunset of Age to zdecydowanie najlepszy kawałek na tym albumie. Ta kompozycja ratuje honor Anglików, bo z całą pewnością można uznać ją za jedno z największych osiągnięć grupy. Czuć tutaj radość muzyków ze wspólnego grania, czuć pasję, żar. Wreszcie mamy kompozycję na miarę "prawdziwej" Anathemy! Wreszcie słyszymy tutaj wokal Vincenta w pełnej krasie! Wreszcie wspaniale wybrzmiewa solo gitary jego brata! To naprawdę piękna rzecz i chociażby dla tego utworu warto zapoznać się z wydawnictwem.
Nie potrafię ocenić tego albumu. Niecałe 40 minut muzyki zawartej na tym krążku to w ogóle trochę mało, jak na dzisiejsze standardy i deklaracje zespołu, iż następca We're Here Because We're Here będzie największym dziełem grupy. Falling Deeper jest bardzo nierówny. Obiecujący początek zostaje brutalnie skontrastowany z nijakim środkiem i kolejne uniesienie następuje dopiero przy kompozycji finałowej. Mimo wszystko uważam, że warto się z tym albumem zapoznać, zwłaszcza, że nazwanie go wpadką, byłoby sporym nadużyciem. To wciąż wartościowa i emocjonalna muzyka, tylko całościowo ciut słabsza niż, to do czego zespół przyzwyczaił nas chociażby na We're Here Because We're Here, A Natural Disaster czy kultowym już Judgement. No i czemu tylko 40 minut?


