Spis utworów:
- Heritage
- The Devil’s Orchard
- I Feel the Dark
- Slither
- Nepenthe
- Haxprocess
- Famine
- The Lines in My Hand
- Folklore
- Marrow of the Earth
Recenzja redakcji
Przyznam szczerze, że oczekiwałem od tego wydawnictwa naprawdę wiele. Wypuszczony przed premierą The Devil's Orchard tylko podsycił mój apetyt. Było jasne, że chłopaki z Opeth będą na Heritage eksploatować nowe rejony, na które wcześniej nie śmieli się zapuszczać. Tak jest w istocie. Krążek ten jest jednak tak diametralnie inny od tego, co zespół prezentował w przeszłości, iż momentami miałem wątpliwości, co do tego jakiej grupy słucham. Czy jednak Opeth udźwignął ciężar eksperymentu? Moim zdaniem nie.
Pamiętacie środkową część The Lotus Eater z poprzedniego krążka? Ten charakterystyczny motyw klawiszowy to klucz do rozszyfrowania zawartości Heritage. Jest dziwnie, nieco folkowo, na pewno eksperymentalnie. Po za tym pachnie (a może raczej śmierdzi?) tutaj latami siedemdziesiątymi na kilometr. Mocno dają odczuć się wpływy King Crimson, a szczególnie albumu Lizard. Entuzjastów jednak uspokajam. Fragmentów na miarę tamtej płyty jest tutaj tylko kilka i blakną one w ogólnym rozrachunku. Chłopaki przykręcili przester przez co gitary brzmią mniej metalowo, ich dźwięk jest jazgotliwy, przybrudzony, rzężący, niczym wyjęty z epoki. No i nie ma też growlu, same czyste wokale... Nie miałbym absolutnie nic przeciwko takim zabiegom, gdyby wydawnictwo to broniło się kompozycyjnie. A tutaj jest niestety dość przeciętnie...
Kawałek tytułowy rozpoczynający płytę, pomimo nietypowego instrumentarium - fortepian oraz kontrabas (chyba?) - za sprawą wykorzystania charakterystycznej dla Opeth harmonii, mocno jeszcze kojarzy się z dawnym stylem grupy. To tylko 2 minuty, ale odnajdziemy w nich to, za co kochamy ten zespół.
The Devil’s Orchard to mój faworyt na Heritage. Jazgotliwy, dynamiczny i nieokiełznany. Gdyby genialny riff gitary zastąpić dźwiękiem trąbki, partii tej nie powstydzili by się nawet najwięksi jazzmani. W tym momencie zacząłem mieć nadzieję, że czeka mnie naprawdę niesamowite przeżycie muzyczne. Im dalej jednak brnąłem w to wydawnictwo, tym mój entuzjazm stopniowo zamieniał się w rozczarowanie...
I Feel the Dark. Początek utworu to charakterystyczne dla Opeth akustyczne "pajęczynki" gitarowe, do których po chwili dołącza flet oraz fortepian. Przez kompozycję przeplata się kilka motywów, mniej lub bardziej udanych, które wprawdzie całkiem złe nie są, ale jakiś szczególnych emocji też nie budzą. Do tego wokal Åkerfeldta bardziej niż zwykle zmanierowany, również nie powala na łopatki. Wszystko jest tutaj poprawne, lecz moim zdaniem kompletnie wyprane z emocji.
Dalej mamy odjazd totalny, niestety w złym tego słowa znaczeniu. Slither brzmi jak odrzut z płyty Motörhead. Perkusja, choć lśni na tym albumie najjaśniej, tutaj jest do bólu prosta, żeby nie powiedzieć prostacka. Szybko i do przodu niczym weseli punkowcy z sąsiedztwa. Oj, nie tego oczekiwałem od Opeth. Do tego irytujący wokal, z tymi wszystkimi załamaniami, jęknięciami i falsetami. Mały koszmarek. Dobrze że przynajmniej koniec piosenki, duet gitar akustycznych, wybrzmiewa tutaj pięknie, niestety tylko przez minutę.
Nepenthe to następny kawałek na Heritage. Spokojny początek kompozycji to taki smooth jazz, ale całkiem przyjemny. Melodia wokalna, która pojawia się po chwili, wreszcie nabiera jakiejś subtelności. W środkowej części mamy z kolei genialny, zrytmizowany riff klawiszy, mocno zakorzeniony w karmazynowej stylistyce. Gitary również nie pozostają w tyle, uzupełniając motyw o zgrzytliwe i dysonansowe, ale udane solówki. Nareszcie coś się dzieje!
Haxprocess to kolejny dziwnie poskładany utwór w zestawie. Początek jest znowu wyciszony, pojedyncze dźwięki gitary przyjemnie plumkają sobie w tle, równocześnie nie wnosząc niczego nowego do tematu. W środku jednak robi się ciekawiej. Od drugiej minuty kompozycja nabiera charakterystycznej dla grupy dramaturgii, przez chwilę czuć klimat dawnego Opeth! To z pewnością moment na Heritage warty uwagi. Niestety końcówka kawałka wydaje się być zbyt rozmyta i po prostu mdła.
Następnie mamy Famine. Tym razem startujemy fajnym folkowo-plemiennym motywem. Po tym początku następuje chwilowe wyciszenie, a dalej robi się bardziej dynamicznie za sprawą ciekawego riffu gitarowego, który płynnie przechodzi w kolejną karmazynową galopadę instrumentalną. Tym razem zespół całkiem umiejętnie żongluje nastrojem, choć niektóre motywy wydają się ocierać o plagiat King Crimson. W okolicach 5:30 po raz kolejny następuje niepotrzebne zwolnienie, a z wokalem Åkerfeldta dzieje się coś niedobrego. Kawałek do posłuchania, ale budzący ambiwalentne uczucia, podobnie zresztą jak i cały album.
The Lines In My Hand to taka opethowa średnia. Utwór przyzwoity, nieprzekombinowany, trudno tu jednak mówić o jakiś szczególnych uniesieniach. Podany w tym zestawie nawet mi się podoba, choć na każdym innym albumie grupy nie budziłby większych emocji. No może końcówka jest całkiem pomysłowa, ale to trochę za mało.
Folklore to kolejna źle poskładana rzecz na tej płycie. Znowu poszczególne motywy wydają się być połączone bez ładu i składu. Początek utwór przypomina mi nieco A Fair Judgement z Deliverance, potem po raz kolejny mamy wyciszenie, w którym nie dzieje się prawie nic, wokal lidera Opeth niebezpiecznie balansuje tutaj na granicy kiczu, a ja w tym momencie jestem po prostu znudzony. Końcówka jest fajna, ale co z tego? Całość nie trzyma się kupy i to jest problem tego albumu.
Na szczęście na koniec dostajemy Marrow of the Earth, piękny instrumentalny utwór zaaranżowany jedynie na dwie gitary. Dzięki bogu zespół nie próbował tutaj na siłę kombinować, przez co piosenka brzmi spójnie i słucha się jej z przyjemnością.
Heritage to moim skromnym zdaniem najgorszy album Opeth. Nawet w jednej trzeciej nie ma tutaj takich emocji, jak chociażby na Deliverance, Blackwater Park czy Still Life. Jeśli już jakiś motyw zaczyna się fajnie rozwijać, to zaraz następuje niepotrzebne zwolnienie i cała dramaturgia jest burzona. Po za tym kontrowersyjną rzeczą wydaje się być silna stylizacja na brzmienie lat siedemdziesiątych. Ale i to by uszło, gdyby poszczególne utwory broniły się kompozycyjnie, a tak nie jest. To są po prostu słabe piosenki, z kilkoma fajnymi motywami. I nie pomogła nawet magia nazwiska Wilsona, którego ręki notabene w ogóle tu nie słychać.
To nie jest całkiem zły album, niewątpliwie są tutaj fragmenty, które się bronią, ale jak na Opeth to trochę za mało. Nie zapominajmy również o fakcie, iż zespół był mistrzem łączenia różnych wpływów, często w obrębie jednego kawałka, a tutaj całość wydaje się poskładana po prostu źle. 3 i nic ponadto.


