Spis utworów:
CD1:
- Grace For Drowning (2.00)
- Sectarian (8.00)
- Deform to Form a Star (8.00)
- No Part of Me (5.45)
- Postcard (4.30)
- Raider Prelude (2.30)
- Remainder the Black Dog (9.15)
CD2:
- Belle de Jour (3.00)
- Index (4.45)
- Track One (4.15)
- Raider II (23.15)
- Like Dust I Have Cleared From My Eye (8.00)
Recenzja redakcji
Miałem duże obawy co do tego albumu. Podobał mi się ostatni Blackfield, podobało mi się ostatnie dzieło Porcupine Tree, lecz w głębi duszy narodził się niepokój, czy aby przypadkiem muzyczny geniusz Wilsona się nie wypala? Welcome To My DNA oraz The Incident to z pewnością wydawnictwa warte uwagi (szczególnie to drugie), ale z drugiej strony, patrząc na sprawę obiektywnie, dość zachowawcze jak na człowieka, który zdefiniował na nowo rock progresywny. Szumne zapowiedzi autora, iż Grace For Drowning przebije wszystko, co ten zrobił dotychczas, tylko utwierdziły mnie w moim sceptycyzmie. Niejednokrotnie słyszeliśmy już przecież podobne deklaracje, które finalnie spełzły na niczym. Zasadniczo każda grupa przedstawia swoje najnowsze dziecko jako najbardziej dojrzałe, zaskakujące, odkrywające nowe horyzonty i bóg wie co jeszcze. Kiedy jednak usłyszałem trzy utwory z tego albumu, udostępnione jeszcze przed premierą (Track One, Index, Remainder The Black Dog), stało się dla mnie oczywiste, że dla Wilsona nadszedł czas zmian.
Po pierwszym przesłuchaniu moje obawy, co do poziomu artystycznego tych nagrań zostały całkowicie rozwiane. Po drugim uznałem że Grace For Drowning to naprawdę mocna pozycja w dyskografii Stevena Wilsona, po trzecim zaś, że jest to jego opus magnum i progresywna płyta dekady. I nie ma w tym zdaniu ani odrobiny przesady. Drugie solowe dzieło artysty to album ze wszech miar nowatorski i zaskakujący, pełen jazzowego jazgotu, mrocznego ambientu, progresywnych pasaży oraz elektronicznych odjazdów, których nie powstydziłby się sam Aphex Twin. Tutaj każda jedna kompozycja jest na wagę złota, a całość po prostu zachwyca. Wszyscy muzycy zaproszeni do udziału w nagrywaniu tego materiału stanęli na wysokości zadania, przyczyniając się do powstania dzieła, o którym ręczę Wam, będzie się mówić jeszcze długo. Do tego jest to wydawnictwo dwupłytowe, całość trwa ponad 80 minut, więc naprawdę jest czego słuchać! To, że Wilson przy okazji remasterowania klasycznych pozycji King Crimson odkrył ten zespół na nowo, niczym zaskakującym nie jest. Można się było domyśleć, iż artysta będzie próbował do swojego nowego wydawnictwa przemycić nieco karmazynowych dźwięków. Budzi jednak zdumienie kierunek w którym te inspiracje go pchnęły. Grace For Drowning to dzieło pełne kontrastów pomiędzy nieokiełznanym i pozornie chaotycznym jazzem, a fragmentami subtelnymi, które swoją delikatnością unoszą słuchacza wysoko ponad ziemię. Wszystko tutaj zagrane jest z pełnym zaangażowaniem i pasją. Motywy rozwijają się tak, jak powinny, harmonicznie mamy taką różnorodność, jakiej nie było na żadnej progresywnej płycie od dobrych kilku, jak nie kilkunastu lat. Kompozycje wydają się przemyślane w najdrobniejszym calu. Na Grace For Drowning słychać echa jazzu, ambientu, trip-hopu, minimalizmy, metalu, folku, muzyki klasycznej oraz rocka progresywnego, my jednak ani przez moment nie mamy wątpliwości, co do tego, iż jest to stuprocentowy Wilson! Naprawdę chylę czoła, bo sztuka to niezwykła, zwłaszcza mając tyle albumów na swoim koncie.
Startujemy kawałkiem tytułowym. Piękne, jakże charakterystyczne dla Wilsona harmonie wokalne wybrzmiewają tutaj z pełnym wdziękiem, na tle subtelnej partii fortepianu, zagranej przez Jordana Rudessa z zespołu Dream Theater. To tylko 2 minuty ale kompozycja urzeka od już od pierwszych dźwięków.
Dalej mamy Sectarian, chyba najlepszą rzecz instrumentalną, która wyszła spod ręki Wilsona, a przynajmniej godną tego, aby stawiać ją na równi z takimi klasykami Porcupine Tree jak Up The Downstair, Idiot Prayer, Ambulance Chasing, czy nawet Moonloop! Ten utwór to Red dwudziestego pierwszego wieku, pełen jazzowych naleciałości, ale także charakterystycznych dla Stevena patentów, zarówno harmonicznych, jak i rytmicznych. O produkcji już nie wspomnę, na tym polu artysta konkurować może już chyba tylko z Radiohead.
Deform To Form A Star, No Part Of Me oraz Postcard to najpiękniejsze i najbardziej subtelne fragmenty tego albumu. Klimat nostalgii, charakterystyczny dla dokonań zarówno Porcupine Tree, jak i Blackfield króluje tutaj nieprzerwanie. Kawałki te kipią mnogością wyśmienitych pomysłów w nich zawartych. Defom To Form A Star to ballada, która z pewnością na długo zapadnie Wam w pamięć, a jej melodia nucić się będzie pod nosem jeszcze długi czas. No Part Of Me mający w sobie coś z Music For 18 Musicians Steve'a Reicha'a, również nie da o sobie szybko zapomnieć, podobnie jak nieco blackfieldowe Postcard. Widać bogini Fortuna była aż nadto hojna dla Wilsona, kiedy nagrywał ten album.
Raider Prelude to krótki popis gościnnie zaproszonej grupy Synergy Vocals (przewija się ona przez cały album), której mogliśmy posłuchać przy okazji tegorocznej odsłony festiwalu Sacrum Profanum. Ten krótki minimalistyczno-ambientowy przerywnik pozwala nabrać oddechu przed następnym kawałkiem, zatytułowanym Remainder The Black Dog. Tutaj mamy już jazz na całego. To, co wyprawia dobrze nam znany koleżka Theo Travis za pomocą swoich instrumentów (flet, klarnet, saksofon), mogłoby wpędzić w kompleksy niejednego jazzmana. A gra tutaj także sam Steve Hackett, który również nie pozostaje w tyle.
Początek płyty numer 2 to Belle De Jour stylizowany nieco na gitarową muzykę klasyczną. Przy okazji tego kawałka słychać, że Wilson to również genialny gitarzysta, który co prawda nie generuje ze swojego instrumentu 15 dźwięków na sekundę, ale za to jest mistrzem umiejętnego budowania nastroju.
Następny w tym zestawie Index to z kolei niemal trip-hop, bardzo mroczny trzeba dodać. Tekst zainspirowany książką „Kolekcjoner” Johna Fowlesa doskonale koresponduje z niepokojącym podkładem i niemal zdehumanizowanym głosem artysty. Jest to utwór, który spokojnie mógłby się znaleźć na Mezzanine Massive Attack i jak ulał pasowałby do reszty repertuaru. Kompozycja ta płynnie przechodzi w Track One, który z początku olśniewa piękną i wyrafinowaną melodią wokalną, aby w drugiej części uderzyć słuchacza niemal noisowymi zgrzytami.
Tym sposobem doszliśmy do najdłuższego utworu na płycie, ponad 23 minutowego Raider II. Cóż mogę napisać? Tej kompozycji po prostu trzeba posłuchać samemu, spróbować wejść w ten gęsty jak sito klimat, zanurzyć się w te niepokojące i depresyjne dźwięki, aby zrozumieć, że Grace For Drowning to arcydzieło. Gwarantuję Wam, że wyjdziecie z tego doświadczenia odmienieni. Czegoś takiego w rocku progresywnym jeszcze nie było! Wielkie brawa należą się dla solistów, którzy zagrali tutaj najlepsze partie na całym albumie, ale największe uznanie należy się oczywiście Wilsonowi, który ogarnął to całościowo.
Na zakończenie dostajemy coś nieco bardziej optymistycznego i z całą pewnością gatunkowo lżejszego. Like Dust I Have Cleared From My Eye to bardzo gilmourowy utwór, który kojarzyć się może chociażby z On An Island, będąc zarazem hołdem dla tego legendarnego artysty. To znowu piękna piosenka, którą nie tyle wypada, co po prostu warto znać.
Jako wielki fan twórczości Wilsona, aby pozostać choć odrobinę obiektywnym dla przyzwoitości przejrzałem, co o Grace For Drowning piszą inni krytycy. Znacząca większość z nich, podobnie jak ja, rozpływa się w komplementach i pochwałach na cześć nowej płyty lidera Porcupine Tree. Ja z czystym sumieniem napisać mogę, że polecam ten album każdemu, kto lubi dobrą i ambitną muzykę. Gwarantuję, że o zawodzie nie może być tutaj mowy. Dla mnie jest to najlepsze wydawnictwo ostatnich lat i mam przeczucie, iż jeszcze długo będzie o tej płycie głośno.
Jeśli muzyk nagrywa swoje artystyczne credo to werdykt może być tylko jeden. 5/5, albo w ogóle bez oceny, bo nie wiem, czy takie płyty oceniać wypada...


