Spis utworów:
- Świt
- Łan
- Wiklina
- Bosa w deszczu
- Damy radę dojść w tym stanie?
- Taki jest świat
- Sen
- Pamiętnik
- Rzeka dam
- Kamienie solne
- Demon
Recenzja redakcji
Powiedz mi szeptem.
Zbliż usta zuchwale.
Karmazynowe i zarozumiałe.
„Karmazynowe i zarozumiałe” – takie właśnie wydają się być utwory debiutującego właśnie Apple Bells i bynajmniej nie są to określenia pejoratywne.
Mam wrażenie, że świat muzyki progresywnej przeżywa ostatnio swoisty renesans zainteresowania twórczością Roberta Frippa. Słychać to na Wilsonowym Grace for Drowning, słychać na najnowszym albumie Opeth – Heritage, słychać również i tutaj. Jeśli jednak myślicie, że mamy do czynienia z kolejną kopią art-rockowych klasyków muszę Was z błędu wyprowadzić. Apple Bells to kapela cechująca się dość oryginalnym podejściem do tematu, owszem słychać tutaj King Crimson, momentami skojarzenia z tą legendarną grupą są po prostu oczywiste, z pewnością panowie tej inspiracji prosto się nie wyprą ale... No właśnie, jednoznaczna klasyfikacja muzyki zespołu może okazać się nie taka znowu prosta... Progresywna poezja śpiewana? Folk na jazzowo? Słowiańskie King Crimson? A może hip-hop art-rock z kabaretowymi naleciałościami? To wszystko tutaj jest! Recenzowana „śpiewogra” – Rzeka Dam to pozycja, która może się zarówno podobać, jak i irytować, nie sposób przejść jednak obok niej obojętnie.
Początek jest mylący. Pierwsze dźwięki Świtu brzmią jak introdukcja do The Sky Moves Sideways. To jednak tylko krótkie, jednominutowe intro, zaraz bowiem rozpoczyna się najdłuższa kompozycja na płycie nosząca tytuł Łan. Przyjemny, bardzo camelowy podkład klawiszy do spóły z wyrazistą linią basową towarzyszą tutaj wokalowi, który stanowczo odcina się od typowo progresywnych klimatów. Głos zarówno Błażeja Kubicy, jak i Łukasza Jury może kojarzyć się z nurtem poezji śpiewanej i muzyką artystów takich jak: Robert Kasprzycki, Stare Dobre Małżeństwo czy Grzegorz Turnau. Ostatnia z wymienionych osobowości jest zresztą kluczowa dla tego albumu. Perkusista Sławomir Berny oraz saksofonista Leszek Szczerba to muzycy, którzy znani są właśnie ze stałej współpracy z tym krakowskim bardem. Tutaj grają z pazurem, bardzo jazzowo i karmazynowo. Wracając do omawianego kawałka, po 6 minucie wokal cichnie zagłuszony dysonansowym, mantrowym i jakże frippowym riffem gitary, który rozpoczyna bardziej jazzową i rozimprowizowaną część kompozycji.
Następny w kolejności utwór nosi tytuł Wiklina. To tylko niewiele ponad dwie minuty instrumentalno-folkowej muzyki, która pomimo krótkiego czasu trwania bardzo dobrze koresponduje z całością, co słychać po kilkakrotnym przesłuchaniu albumu, i płynnie przechodzi w następną w kolejności piosenkę Bosa w deszczu. W tym momencie co uważniejszy słuchacz wyłapie, że Rzeka dam to bardzo „bujająca” płyta, w dużej mierze oparta na bluesie, co może nie być takie oczywiste przy pierwszym podejściu do tego krążka. Z racji wyeksponowania w tych utworach instrumentów smyczkowych (skrzypiec?) i charakterystycznej rytmiki intuicyjnie skojarzenia biegną w kierunku Larks Tongues In Aspic.
Damy radę dojść w tym stanie? – to krótki, gadany fragment będący świadectwem specyficznego, nieco „swojskiego” poczucia humorów członków Apple Bells. Z pewnością taka konwencja może się podobać (mnie się podoba), choć zdaje sobie sprawę, że może również nieco irytować i niszczyć spójność albumu.
Taki jest świat to jeden z mocniejszych i bardziej agresywnych fragmentów albumu, robi się tutaj niemal jazz-rockowo. Z pewnością ten utwór to jeden z najlepszych momentów na tym albumie. Genialne, jazgotliwe solo saksofonu, które pojawia się w środku budzi mój szczery entuzjazm. Takie momenty zawsze powodują u mnie „ciary na plecach”. Na koniec piosenki panowie zaserwowali nam prawdziwą wisienkę na torcie. Ten pijacki zaśpiew („pa ra li la la...”) to parafraza piosenki z albumu, którego tytuł już w tej recenzji padł. W każdym razie fani rocka progresywnego nie powinni mieć większych trudności z rozwikłaniem tej zagadki.
Sen zbudowany jest na podobnym patencie co utwór Łan. Początek jest bardzo spokojny, nastrojowy i melancholijny (może nawet ciut pink floydowy), w środku następuje „przełamanie”, a końcówka to już radosne, karmazynowe duszy biczowanie. Przy okazji tego kawałka słychać, że dla Apple Bells warstwa tekstowa wydaje się być równie ważna co sama muzyka. Panowie próbują wykorzystywać swój głos w różnoraki sposób, często również nieco „teatralny”.
Dalej poprzez kawałki Pamiętnik, Rzeka Dam, Kamienie solne oraz Demon muzycy Apple Bells konsekwentnie realizują swoją słowno-muzyczną koncepcję. Na uwagę zasługują tutaj wstawki... hip-hopowe, które co ważne, nie trącą infantylizmem, choć oczywiście trzeba sporej dawki muzycznej tolerancji, aby przyswoić te stylistyczne eksperymenty. Z drugiej strony kończące płytę Kamienie solne oraz Demon to jeden strumień muzyczny, który poprzez umiejętne budowanie nastroju trzyma w napięciu do samego końca.
Warto w tym wypadku wspomnieć również o warstwie tekstowej krążka. Rzeka Dam jest czymś na kształt koncept albumu, sami muzycy używają tutaj terminu „śpiewogra”, który wydaje się dobrze oddawać charakter dzieła. Mi osobiście teksty Apple Bells kojarzą się nieco z poezją Leśmiana, i choć porównanie to jest nieco na wyrost, trafnie wskazuje obszary zainteresowań muzyków (relacje damsko męskie, uczucie namiętności, przyroda, lokalny folklor itp.).
Podsumowując mamy tutaj pełen eklektyzm! Rzeka Dam to solidna i przede wszystkim oryginalna rzecz na rodzimym rynku fonograficznym. Oczywiście doszukałem się i tutaj przysłowiowej „łyżki dziegciu w beczce miodu”. Jest nią niestety momentami nieco słabsza warstwa wokalna. Czuć w tej materii pewien brak „ogłady”, który w ostatecznym rozrachunku nie psuje i tak bardzo pozytywnego wrażenia. Drugim również niewielkim minusem, wynikającym bardziej z osobistych upodobań niż „prawd obiektywnych” jest fakt, że niektóre momenty tego wydawnictwa można by podkręcić (większy przester z pewnością by nie zaszkodził). Te drobne mankamenty nie wpływają jednak na całościowy odbiór dzieła, który jest bardzo dobry, zwłaszcza że słucham tej płyty raz po raz i za każdym razem odkrywam coś nowego i interesującego! Szczerze polecam wszystkim zmęczonym post-marillionowymi nudami w rodzaju Pendragona czy Areny. Ocena: 4 z małym plusem na zachętę i z wiarą w jak najszybszy, jeszcze bardziej dojrzały album nr 2.


